|
W mieście, wzdłuż ulic ciągną się leniwie kikuty drzew, gdzieniegdzie szara namiastka zieleni rozciąga się nieśmiało, która jedynie wzbudza tęsknotę za tym, co substytutem nie jest. Sprawia, że nasz wzrok podąża ku łąkom Beskidu sielskiego, ku lasom bieszczadzkim, błaga ze wstydu o odwrócenie od niej wzroku.
Park w mieście jest jednym z niewielu kojących miejsc, pozwala zdjąć wzrok z gwaru miejskiego, z pędzących samochodów, ludzi śpieszących się - Bóg wie gdzie!
Siadam na trawie, opieram się o pień drzewa, zamykam oczy bezpiecznie. Myśli uwalniają się z pęt prędkości życia i podążają posuwistym ruchem ku górze. Nigdzie się nie śpieszę, pozwalam myślom tańczyć gorące tango z gałęziami, co nade mną szumią delikatnie, poruszane subtelnie wiatrem, który nuci im muzykę ciszy. W tych pląsach myśli plączą się z liśćmi ...
To klon. Zawsze inspirowały mnie liście tego drzewa. Ich kształt urozmaicony spada kolorowy, jesienią na ziemię, by z szelestem innych liści leżeć. Jego cień przyciąga wzrok kontrastem i trzyma go zawieszonego pomiędzy mną a ziemią a ja pod niebem ... Orkiestra kolorów gra unisono, rytmicznie tu w dole.
Spadła lekko na miękki mech, tuż obok mnie (może się zdziwiła a może nie ...), z najwyższej gałęzi wraz z liściem, do którego przylgnęła cieplutko, wbrew wszelkim konwenansom, w miejscu, gdzie zieleń przenika się z purpurą - Myśl poddana siłom grawitacji ...
Myśl-Twór przeraźliwie ulotny - delikatnie upadła by wypełnić mnie nieskażonym spokojem, zielenią ...
Bywa, że człowiek musi uciec czasem w myśli, by nie zapomnieć się w świecie zewnętrznym, usiąść pod drzewem i czekać na spadające liście ...
Nie uciekać trzeba! Myśli nie gryzą, liście zębów nie mają. Czasem tylko wodospadem spadną na nas, a duże ilości przerażają nas - małych człowieczków...
Moje plecy wrastają w pień. To on buduje mój kościec, korą staje się skóra, koroną głowa. Myśli pączkują, rozwijają się, rozrastają się pod chmurami i spadają liśćmi, tak na wszelki wypadek, by nie uschnąć na gałęzi, by spaść w kolorze przechodniom na głowę. A później ... Umrzeć w próchnie niepamięci szarej - za mgłą!
We mgle myśli wtapiają się w wątpliwą biel. Podążają wraz ze wzrokiem, który pozostawia tam myśli na pastwę bezkresu, tam gdzie gałęzie zatracają granice a pień mało autonomiczny, otoczony jest miękkim konturem.
Szaro-bury kot pośpiesznie wdrapał się na przeciwległe drzewo ze zręcznością, jak na kota przystało ...
Pora delikatnie wydrzeć się z objęć kory - po prostu z niej wypłynąć ... Odzyskać swój kręgosłup, skórę, głowę, zamknąć zeszyt i podążyć tam, skąd przyszłam, z liściem do zasuszenia między kartkami.
Maja Tarczałowicz, Państwowe Liceum Plastyczne w Krakowie
|
|